Cytaty: Franz Kafka
Wielu naszych przyjaciół biegnie spiesznie podejmować wygrane i tylko przez ramię wołają »wiwat« w naszym kierunku sprzed odległych kas totalizatora, najlepsi jednak przyjaciele wcale nie stawiali na naszego konia, obawiali się bowiem, że będą mieli do nas żal, jeśli przegramy; ale teraz, gdy koń nasz zwyciężył, oni zaś nic nie wygrali, odwracają się od nas i kiedy obok nich przejeżdżamy, wolą spoglądać na trybuny.
Gdy ktoś mnie spytał o coś przez okno, spoglądałem na niego, jakbym patrzał na góry lub w pustkę, jemu zaś również niewiele zależało na mej odpowiedzi.
Jeśli odwróciłeś się na prawy bok i podsunąłeś dłoń pod głowę, miałeś ochotę zasnąć. Co prawda, zadarłszy w górę podbródek, pragnąłeś raz jeszcze się dźwignąć, aby z kolei spaść tylko do głębszego rowu. Potem z wysuniętym przed siebie zgiętym ramieniem, ze zwisającymi skośnie nogami chciałeś się rzucić w przestrzeń i oczywiście wpaść do jeszcze głębszego rowu. I tak bez końca.
Biegaliśmy ciaśniej stłoczeni, niektórzy chwycili się za ręce, trudniej było wyżej zadrzeć głowę, droga bowiem prowadziła w dół. Ktoś wzniósł indiański okrzyk wojenny, nogi ruszyły galopem jak nigdy dotychczas, przy podskokach wiatr chwytał nas wpół i unosił w górę. Nic nie mogło nas zatrzymać; tak się rozpędziliśmy, że – nawet prześcigając się wzajemnie – mogliśmy skrzyżować ramiona i spokojnie spojrzeć za siebie.
Moje pieniądze są w rękach obcych ludzi; nie mogę dokładnie poznać ich sytuacji materialnej, nie przeczuwam nieszczęść, które mają na nich spaść, czyż mógłbym zresztą odwrócić od nich katastrofę? Być może, że stali się rozrzutni i właśnie urządzają uroczyste przyjęcie w ogrodzie restauracji, a inni, którzy akurat uciekają do Ameryki, przez chwilę bawią się na tym przyjęciu.
Ale droga nie trwa długo. Za chwilę jestem już w domu, otwieram drzwi windy i wchodzę do niej.
Czuję, że w tej chwili staję się nagle zupełnie samotny. Inni, którzy są zmuszeni piąć się po schodach, trochę się męczą i zadyszani muszą czekać, aż ktoś otworzy im drzwi od mieszkania, znajdują przy tym jakiś powód do złości lub zniecierpliwienia, następnie wchodzą do przedpokoju, gdzie wieszają kapelusz, i dopiero będą sami z sobą, gdy miną w korytarzu kilkoro oszklonych drzwi i znajdą się u siebie w pokoju.
Ja natomiast jestem sam jeden już w windzie i wsparty na kolanach, spoglądam w wąskie lustro. Gdy winda zaczyna się wznosić, mówię: […]
Lećcie sobie, niech wasze skrzydła, których nigdy nie widziałem, zaniosą was w wiejskie doliny albo do Paryża, jeśli was nęci to miasto.
Ale rozkoszujcie się także widokiem z okna, kiedy procesje z trzech ulic wkroczą na skrzyżowanie i żadna z nich nie usunie się z drogi, lecz przechodzą wzajemnie przez siebie, a pomiędzy ich ostatnimi szeregami znów tworzy się pustka placu.
Stoję na platformie tramwaju i nie mam najmniejszej pewności co do swojego miejsca na tym świecie, w tym mieście, w swojej rodzinie. Nie potrafiłbym również, chociażby pobieżnie, wymienić, jakie pretensje mógłbym z pewną dozą słuszności rościć o to do kogokolwiek. Nie mógłbym nawet uzasadnić, że stoję na tej platformie, trzymam się tego uchwytu, pozwalam się nieść temu wagonowi, że ludzie usuwają się tramwajowi z drogi, albo też idą sobie spokojnie lub wreszcie stają przed wystawami sklepów. Nikt wprawdzie tego ode mnie nie wymaga, ale to już obojętne. „Pasażer”
A przecież – myślał – gdybym jej mógł wszystko wyjaśnić, nie miałaby się czemu dziwić. Człowiek tak się przepracowuje w biurze, że potem zbyt jest zmęczony nawet, żeby się rozkoszować należycie urlopem. Ale nikt, nawet najciężej pracujący, nie może żądać od ludzi, żeby go za to kochali, tak pozostaje się więc samotnym, obcym dla wszystkich człowiekiem i jest się tylko przedmiotem zaciekawienia. I dopóki mówisz \„się” – zamiast „ja”, nic to jeszcze nie znaczy i można na ten temat spokojnie rozmawiać, ale gdy sobie uświadomisz, że dotyczy to ciebie, wtedy wydaje ci się po prostu, że jakiś grot przeszył ci serce, i jesteś wstrząśnięty.
Jeśli jednak sam robię różnicę między „się” i „ja”, czy mogę się wówczas uskarżać na innych? Prawdopodobnie nie są oni wcale niesprawiedliwi, ale ja nazbyt jestem zmęczony, żeby zdobyć się we wszystkich sprawach na wyrozumiałość. Jestem nawet tak bardzo znużony, że przebycie tej krótkiej drogi na dworzec stanowi dla mnie nadmierny wysiłek. Dlaczego więc podczas paru dni urlopu nie pozostanę w mieście, żeby przyjść jakoś do siebie? Postępuję przecież zupełnie nierozsądnie. Podróż przyprawi mnie o chorobę, to niemal pewne. Mój pokój nie będzie wcale wygodny, na wsi inaczej być nie może. A poza tym mamy dopiero pierwszą połowę czerwca, w tym czasie na wsi jest jeszcze nieraz bardzo chłodno. Przewidując to, ubrałem się wprawdzie odpowiednio, ale będę musiał dotrzymywać towarzystwa ludziom, którzy lubią spacerować późnym wieczorem. Jest tam kilka stawów, nad te stawy będziemy chodzić na przechadzki. Na pewno się przy tym zaziębię. Natomiast nie bardzo będę brylował w rozmowach towarzyskich. Nie będę mógł porównywać tamtejszego stawu ze stawami w różnych dalekich krajach, nigdy bowiem nie podróżowałem, a na to, żeby gadać o księżycu i wpadać przy tym w zachwyt albo wdrapywać się w rozmarzeniu na jakieś kupy gruzów, jestem już za stary i tylko bym się ośmieszył.
Jakież piękne jest miasto i droga do własnego domu! Jeśli tam pada deszcz, jedzie się po mokrym bruku tramwajem do domu, podczas gdy tutaj trzeba się tłuc w tej budzie przez bagna do zajazdu.
Szedłem przed siebie beztrosko. Zmuszony do pieszej wędrówki, obawiałem się zmęczenia na górzystej drodze, kazałem jej więc stawać się z wolna coraz bardziej płaską, aby w oddali biegła już nareszcie po równinie. Zgodnie z mą wolą zniknęły kamienie i ucichła wichura.
Rozradowany tym widokiem […], pomyślałem, że tutaj mógłbym być szczęśliwy. Tutaj jest samotnie i pięknie. Nie potrzeba wiele odwagi, żeby żyć w tym miejscu. Człowiek się tu namozoli, ale nie będą potrzebne przy tym piękne ruchy i gesty. Nie będzie to konieczne, istnieją tu bowiem tylko góry i wielka rzeka […]. Tak bawiłem się swoim przyszłym życiem i uporczywie szukałem zapomnienia.
[…] jeśli poczujesz, że tą jedną decyzją zjednoczyłeś w sobie całą swą zdolność do podejmowania nowych postanowień, jeśli z większą niż normalnie wyrazistością stwierdzisz, że posiadasz więcej siły niż potrzeby szybkiego dokonywania zmian oraz przyzwyczajania się do nich, i jeśli w tym nastroju będziesz przebiegał ulice – wówczas na ten wieczór całkowicie zrywasz wszelkie więzy łączące cię z rodziną, która roztapia się w nicość, podczas gdy ty, całkowicie skupiony w sobie, z zarysowanymi aż do czerni konturami, silnym odbiciem od ziemi wznosisz się ku swej prawdziwej postaci. Wszystko to zostanie jeszcze spotęgowane, jeśli o tak późnej porze odwiedzisz przyjaciela, aby się przekonać, jak mu się powodzi.
[…] – Tak – rzekł oficer, roześmiał się i schował teczkę z powrotem – to nie jest kaligrafia dla szkolnych dzieci. To trzeba długo studiować. I pan na pewno w końcu by się w tym rozeznał. To pismo oczywiście nie może być proste; nie powinno ono zabijać natychmiast, lecz przeciętnie dopiero w ciągu dwunastu godzin; na szóstą godzinę oblicza się punkt zwrotny. Właściwe pismo musi więc otaczać wiele, wiele ozdobników; prawdziwe pismo otacza ciało tylko wąskim paskiem; reszta tułowia przeznaczona jest na ozdobniki. Czy potrafi pan teraz ocenić pracę brony i całego aparatu? Niech pan tylko spojrzy!
Przede wszystkim bardzo często zwracał mi uwagę na to, że wszyscy jego dotychczasowi przeciwnicy albo wcale nie głosili przeciwnych poglądów, albo wypowiedzieli je w cztery oczy, albo co najwyżej wyrazili je ustnie, podczas gdy ja uważałem za konieczne natychmiast wydrukować wszelkie swoje zarzuty. Ponadto nieliczni przeciwnicy, którzy rzeczywiście, chociaż tylko powierzchownie zajęli się tą sprawą, zanim sami się wypowiedzieli, przynajmniej wysłuchali jego, czyli nauczyciela, opinii, a więc osoby w tym wypadku miarodajnej, gdy tymczasem ja na podstawie zebranych niesystematycznie i po części źle zrozumianych oświadczeń doszedłem do rezultatów, które mimo iż zasadniczo słuszne – mogą się jednak wydawać niewiarygodne zarówno szerokim rzeszom, jak i ludziom wykształconym. A pozostawienie chociażby najbardziej nikłego cienia nieprawdopodobieństwa stanowi największe zło, jakiego się tu można było dopuścić.
Większość starych ludzi w kontaktach z młodymi zdradza coś zwodniczego, coś kłamliwego; żyje się obok nich spokojnie przez długi czas, sądzi się, że stosunki są trwałe, zna się na ogół ich przekonania, słyszy się stale zapewnienia przyjaźni, uważa się to wszystko za samo przez się zrozumiałe i nagle, właśnie kiedy nastąpi jakieś decydujące wydarzenie i kiedy te od dawna przygotowane warunki spokojnego współżycia powinny zostać zachowane, starzy ludzie stają przed nami niczym obcy, demonstrują głębsze, mocniejsze przekonania, po prostu dopiero teraz podnoszą swój sztandar, a na nim z przerażeniem odczytuje się nowe hasło. Przerażenie spowodowane jest przede wszystkim faktem, że teraz wszystko, co starzy mówią, jest rzeczywiście o wiele słuszniejsze i mądrzejsze, i jeszcze bardziej oczywiste, jak gdyby istniał jakiś wyższy stopień oczywistości. Nieodparcie kłamliwe w tym wszystkim jest zaś to, że w rzeczywistości zawsze mówili to samo, co wypowiadają w obecnej chwili.
Gdy się komuś zaproponuje, jak to właśnie zrobiłem, ostateczne rozstanie, drugi człowiek zaś uważa to za rzecz najzupełniej słuszną, wówczas nieliczne sprawy, które pozostały jeszcze do załatwienia, kończy się możliwie szybko i nie narzuca się drugiemu bez potrzeby swojej milczącej obecności. Patrząc jednak od tyłu na tego małego, upartego starca, jak tkwił przy moim stole, można było dojść do przekonania, że w ogóle nie uda się wyprawić go z pokoju.
Żaden turysta nie zabłąkał się na tę niedostępną wysokość, most nie był jeszcze zaznaczony na mapie. Tak leżałem i czekałem; musiałem czekać. Raz zbudowany most, jeśli nie runie, nie przestaje być mostem.
Wprawdzie na mordowaniu poniektórzy się znają, nie zbywa też na zręczności niezbędnej dla ugodzenia przyjaciela lancą pod stołem, a dla wielu Macedonia jest za ciasna, toteż przeklinają Filipa, ojca – lecz nikt, nikt nie potrafi poprowadzić Indii. Już wtedy ich wrota były nieosiągalne, ale kierunek na nie wyznaczono królewskim mieczem. Dzisiaj są zupełnie gdzie indziej, i dalej, i wyżej przeniesione; nikt nie wskazuje kierunku. Wielu dzierży miecze, lecz po to tylko, by nimi wywijać. A spojrzenie, które chciałoby pójść za nimi, gubi się po drodze.
Czy mógłbym jeszcze rozkoszować się innym powietrzem niż więziennym? Oto jest, a raczej byłoby zasadnicze pytanie, gdybym miał jeszcze widoki na zwolnienie.
Rozmawiać z nomadami się nie da. Naszego języka nie znają, a własnego przecież prawie nie mają. Pomiędzy sobą porozumiewają się podobnie do kawek. Raz po raz dochodzi do naszych uszu ten ptasi skrzek. Nasz sposób życia, nasze urządzenia są dla nich równie niepojęte co obojętne. Wskutek tego okazują się także niechętni językowi migowemu. Możesz sobie człowieku, wyłamać szczękę i wywichnąć ręce ze stawów, a oni i tak cię nie rozumieją i nigdy nie pojmą. Często robią miny, wywracają białkami oczu i piana wzbiera im wokół ust, ale nie zamierzają przez to ani niczego wyrazić, ani też nikogo przestraszyć. Robią tak, bo taka jest ich natura. To, czego potrzebują, biorą. Nie można powiedzieć, żeby stosowali przemoc. Nim oni zdążą wkroczyć, każdy już ustępuje miejsca i wszystko im pozostawia”.
– Nie karz nas za naszą niezdarność – powiedział, wykorzystując po raz pierwszy naturalny ton skargi swego głosu. – Biedne z nas zwierzęta, jedyne, co mamy, to nasze zęby. Cokolwiek byśmy chcieli zrobić, czy to dobro, czy zło, pozostają nam jedynie one.
– Dlaczego uciekasz? Przysiądź się i pij! Ja płacę. – Usiadłem więc. Zapytał mnie o to i owo, ale nie mogłem mu dać odpowiedzi, nie zrozumiałem nawet pytań. Dlatego rzekłem:
– Może teraz żałujesz, żeś mnie zaprosił, więc pójdę sobie – i już chciałem wstać. Ale on wyciągnął rękę przez stół i przygniótł mnie nią do ławy:
– Zostań – powiedział – przecież to był tylko egzamin. Kto nie odpowiada na pytania, ten zdał egzamin.
Co? W krótkim, szybko mknącym życiu, któremu towarzyszy niecierpliwe huczenie, zbiec ze schodów? To niemożliwe. Czas wyznaczony jest tak krótki, że straciwszy sekundę, utraciłeś już całe życie, albowiem nie jest ono dłuższe, lecz zawsze tylko takie długie jak czas, który tracisz. Jeśli więc udałeś się w drogę, idź nią dalej, za wszelką cenę, możesz tylko na tym zyskać, nie narażasz się na niebezpieczeństwo, u kresu może runiesz, ale gdybyś po pierwszych krokach zawrócił i zbiegł ze schodów, runąłbyś na samym początku, i to z wszelką pewnością. Jeżeli zatem nie znajdziesz tu nic na korytarzach, otwórz drzwi, a jeśli za drzwiami nic nie znajdziesz, są jeszcze inne piętra, a jeśli na górze nic nie znajdziesz, nie ma nieszczęścia, wejdź na nowe schody. Dopóki nie przestaniesz wchodzić, dopóty nie kończą się stopnie, pod twoimi wspinającymi się nogami wciąż rosną w górę.
W każdym razie na ogół osiągnąłem to, co chciałem osiągnąć. I niech nikt mi nie mówi, że nie było to warte trudu. Zresztą nie pragnę żadnego ludzkiego sądu, chcę tylko rozszerzać wiedzę, zadowalam się sprawozdaniem; nawet z Wami, dostojni Panowie z Akademii, ograniczyłem się tylko do zdania sprawy.
