PabloPavo / Iwanek / Praczas – Wir (recenzja płyty)

Złe idzie i zimne



Pablopavo, Praczas, Iwanek, Anna Iwanek, Wir, Krwawiostki, Październikowy facet, koniec sierpnia, dziewczyna listopad,
Okładka płyty Wir

Wydawca: Karrot Kommando
Autor: Pablopavo, Iwanek, Praczas
Tytuł: Wir
Data wydania: 2015
Liczba tracków: 14

Opis płyty Wir za Karrot:

To być może najdziwniejsza płyta w jakiej nagrywaniu brałem udział. Parę lat temu zrobiliśmy z Praczasem „Głodne Kawałki”, rzecz z wyraźnym pulsem, bitową wręcz. W tym roku postanowiliśmy wrócić do wspólnej pracy, ale ponieważ obaj nie lubimy się powtarzać, od razu powiedzieliśmy sobie, że chcemy zrobić coś innego. Po pierwsze – zdecydowaliśmy się zaprosić do współpracy Anię Iwanek, dziewczynę o pięknym głosie i groźnym sercu. Kto zna ostatnią płytę Ludzików, ten miał okazję się przekonać. Ania śpiewa też w Rubber Dots i z sound systemem 6T’s Club.

Postaw mi kawę na buycoffee.to


Od wydania Głodnych kawałków minęły cztery lata, potem nastąpił prawie trzyletni okres ciszy, a po nim powrót z dwoma albumami: Polor (tworzony pod szyldem Pablopavo i Ludziki) oraz solowy projekt Tylko. Pablopavo jednak nie daje o sobie zapomnieć – w listopadzie ukazał się bowiem jego kolejny album zatytułowany Wir, stworzony w kooperacji z Praczasem oraz Anią Iwanek.

Nowy album nieprzesadnie zaskakuje, jeśli z uwagą przesłucha się Polor i Tylko. Różni się jednak od Głodnych kawałków (Pablopavo & Praczas) diametralnie: brak w nim szybkiego tempa, dubstepowych i elektronicznych dźwięków; zamiast nich odnotowujemy lekkie wycofanie się, ograniczenie warstwy tekstowej do naprawdę krótkich fraz oraz włączeniu w aranżacje naturalnych instrumentów i kobiecego wokalu. Singel zapowiadający płytę daje wrażenie idealnego zrównoważenia pomiędzy tym, co chce nam muzycznie powiedzieć Iwanek i tym, co mówi Pablopavo. Nim jednak do głosu dojdą artyści, Październikowy facet zaczyna się fragmentem Pętli Hłaski – słuchacz otrzymuje więc sygnał, że literatura będzie dla tego krążka dość istotnym punktem odniesienia. 

Wracając do głównej narracji singla, należy powiedzieć, że dla niej – „I znowu jesień”, podczas gdy dla niego „Pokończyły się romanse / Obliczone na słońce”, by stwierdzić, że „Złe idzie i zimne / Studzi się sumienie”; i znowu dla niej „Nie będzie dziś nagród / Chłodni o nadzieję” – te „przegadywania” kończą się spotkaniem obu głosów w refrenie: „Październikowy facet / I dziewczyna listopad / Jutro może nas nie być / W mój strach / Kochanie popatrz”. Oczywiście na tym się nie kończy, historia trwa nadal, wszak dopiero „Zima nas pożre” według niego, a według niej – „Zima nas rozetnie”. Naprawdę „złe idzie i zimne” –które to słowa w połączeniu z teledyskiem kręconym w Norwegii potrafią zmrozić. Klimat singla wydaje się w pełni reprezentatywny dla całej płyty, lecz (na szczęście!) zawiedzie się ten, kto spodziewał się utworów granych na tę samą nutę.

Co czeka nas we Wstępie do Wiru? Ciężkie oddechy, kojarzące się z próbą ogrzania zmarzniętych dłoni, powoli ustępujące innym dźwiękom i głosom, tworzącym coraz bardziej rozbudowaną aranżację. Po ponad dwuminutowym budowaniu klimatu pojawiają się słowa, z którymi nietrudno się zgodzić („Każdy ma tyle podróży / Ile miejsca w myślach / Mam tysiąc przygód / Nie ruszając się z miejsca…”), kładące nacisk na fikcyjność tych muzycznych wędrówek. We wstępie brakuje jednak obecności Iwanek, zresztą nie tylko we wstępie. Na całej płycie pierwsze skrzypce gra Pablopavo, wokalistka stanowi raczej dodatek, ale za to bardzo wartościowy i z pewnością wzbogacający album i chroniący go przed monotonnością.

W warstwie tekstowej również widoczna jest zmiana (tutaj podobnie, jak wcześniej nie tyle w odniesieniu do Zachodu, ile do wcześniejszej twórczości będzie ona dużo bardziej odczuwalna). Wszystko w swoim czasie zdecydowanie jest koncept-albumem, ale tę spójność trzeba odnaleźć w podejściu do życia i credo tej płyty zawarte w jej tytule, a nie jak dotychczas wyczytywać z powiązań w następujących po sobie utworach.

Na nowej płycie miało nie być Warszawy i obietnica ta została dotrzymana, z tekstów zniknęły wszystkie dookreślenia miejsca, a nawet miasto – teraz stanowiące uniwersum – odeszło nieco w cień, ustępując miejsca „kanapowym” rozważaniom osnutym papierosowym dymem. W Zapadło powiernikiem refleksji jest więc mieszkanie, w którym „Słyszą mnie ściany / I brązowe meble”, a brak osoby zostaje zastąpiony jej „dymową” inkarnacją „Wydmuchuje twoje imię / Dymem z ostatniej fajki / Zimny parapet […]”. Jak nietrudno się domyślić utwór opowiada oczywiście o stracie: „Z pustych miejsc / przy stole i na fotelach / Nie mówi nikt / Ciemne się zbiera” – o ile w singlu to „złe idzie i zimne” tak tutaj już „ciemne się zbiera”. Zresztą każdy kolejny utwór powiązany z poprzednim. I jeśli z głośników dobiega „Dziwne łatwości / Przychodzą na myśl”, to następny track rozpocznie się od słów „Złe pomysły wplątane we włosy / Nie ma snu”. Tych powiązań jest oczywiście więcej i w ten sposób Nie ma snu można traktować jako kobiecą odpowiedź na Zapadło. Utwór ten jako pierwszy wykonywany jest w całości przez Iwanek, śpiewany na dwie różne tonacje, a właściwie śpiewany i „dogadywany” fragmentami, co tworzy ciekawy, hipnotyzujący efekt.

Z głębokiej melancholii wyrywa nas na moment kolejny utwór, zdominowany w warstwie dźwiękowej przez klarnet (Mariusz Jeka): Ledwo żywy lis, który wpisuje się we wcześniejszy schemat miasto-dymu: „Tramwaj, metro, tramwaj /  
Bloki, ludzie, szum /  Wszystkie małe trwogi / W pa-pie-ro-sa dym”. Kolejny numer to w dużej mierze gra słowami, zabawa sylabami poszczególnych wersów: „Chyłkiem patroszę / I sło i wa” czy też „Dla cie / Dla bie / Dla lalala”, będąca zresztą znakiem rozpoznawalnym artysty.

Pablopavo jest konsekwentny w tworzeniu uniwersalizmu miasta, wychodząc do słuchacza spoza Warszawy: wszak każdy miał swoją Pierwszą ulicę. W tym utworze świetnie sprawdza się podział na wokal damski i męski, łączące się w refrenie, by dać wyraz nieco innej melancholii. Tym razem refleksja dotyczy miejsca: „Idę /  Nikogo nie poznaję / Dobudowali bloki / Idę / I wszystko pamiętam / Boisko zamienione w parking”. Tutaj również nie można nie wspomnieć o powiązaniu z kolejnym numerem. Zmienione miasto młodości świetnie współgra z Pomnikiem „Nieznanego melancholika”, który „Pił, był, żył tu na pół / Często znikał jak sen srebrny / Miał swój w knajpach stały stół / Był genialnie niepotrzebny”. W obserwacje zostaje wpleciona myśl o braku miejsca na historię jednostki: „Królu złoty, tych pomników / Stoi pewnie tu ze dwieście / Mówisz pan, że melancholik / Pewnie zgubił się na mieście / (Pewnie zapił gdzieś na mieście)”. Oba te motywy (miasta i człowieka) wracają w Tu było, tu stało, tym samym zamykając na płycie wielkomiejskie rozważania oparte głównie na pracy pamięci.

Nietrudno dostrzec również nawiązania do poprzednich płyt – przy Pomniku przychodzi mi od razu na myśl Krzysiek (płyta Polor), natomiast kolejny utwór Lalala1 współgra z Kupuj (album Głodne kawałki). Zdaje się, że o szumie informacyjnym i zakupoholizmie można opowiadać w różnych tonacjach, nawet tych nieco wycofanych, melancholijnych, nadając im tym samym nieco inny sens. Podobnie erotyczny track Koty (Polor) doczekał się swojej kontynuacji w Po kotach, zmieniając żywy erotyzm w melancholiczną, powolną walkę: „Narwani jak chwasty / Napięci jak struny cień / Na sekundę przed tym aż ktoś / zgasi w końcu światło”. Ostatni numer, choć na pierwszy rzut oka nie przystaje do całości materiału, wyróżniając się tempem i, chciałoby się rzec, „radością” płynącą z niego (wszak „Wiosna w kawałkach”, a ponadto „Znowu oddycham / Choć się dusiłem / Przez rok i pół”, ale to w końcu pełna zawirowań płyta i „Nasz wir / Na chwilę / Tu i teraz”) doskonale wytrąca z melancholii i dodaje energii.

Reasumując Wir stanowi mocno refleksyjny materiał, w którym brak miejsca na przypadkowe dźwięki, słowa czy zabiegi wokalne. W pełni skondensowana warstwa tekstowa, odpowiednio dozująca emocje, przechylająca się w stronę tych „smutniejszych”, by na koniec, jak już wcześniej wspomniałam, odwirować wszystko, działa odżywczo. Przez historie opowiedziane na płycie przemawia w dużej mierze uniwersalizm sytuacji i miejsc, co zasługuje na uznanie, biorąc pod uwagę wcześniejszy dorobek artysty. Tym samym projekt daje się dużo łatwiej zaklasyfikować niż poprzednie sześć albumów, bo jeśli w którąś ze stron Pablopavo zmierza, to z pewnością nie w stronę rapu i raggae. Ze względu na teksty oraz klimat, jaki w ogóle tworzy całość, jest temu zdecydowanie bliżej do poezji śpiewanej. W najlepszym, choć ryzykownym tego słowa znaczeniu.

Tekst został uprzednio opublikowany w nr 4 (11) 2015 Kwartalnika Kulturalnego Opcje.



Może Cię zainteresować:

Przewijanie do góry