Stefan Szymutko

Cytaty: Stefan Szymutko

Niemniej, wejście w owo ogólnoludzkie, które u spodu nie przestaje być partykularne, wiąże się z rezygnacją, zapomnieniem albo – przynajmniej – ze zgodą na mniejszą ważność swojskiej partykularności. Niełatwo taką zgodę wyrazić. Chociaż śląskie utrudniało zrozumienie nieśląskiego, to ono właśnie kierowało uwagę ku innemu, skłaniało do poszukiwania w innej, ale mimo wszystko tej samej kulturze – potrzebnej myśli, potrzebnego słowa. Jak więc zrezygnować, unieważnić punkt wyjścia? Tożsamość problemów, rozterki, bólu łagodziła, oswajała przecież to, co obce.
Nagrobek ciotki Cili

Niemoc sprzeciwu nie wynika z oporu rzeczywistości zewnętrznej – obiektywnej, realnej, zdeterminowanej… – lecz z bezsilności podmiotu, który chciałby ocalić historyczność kochanej osoby, ale owej historyczności nie ma już nawet w jego pamięci. Historyczność jako milczące wyznanie.
Nagrobek ciotki Cili

Zapytany o to, co odziedziczyłem z rodzimej kultury, od razu i bez trudu odpowiem: przywiązanie do własnej historyczności i koncepcje słowa, które ni powinno nigdy służyć samemu sobie. Inaczej zostaje się beblokiem, faflokiem, fafułom, klytom, albo pierdołom dziyń dobry.
Nagrobek ciotki Cili

Śnieg, mróz, śmierć jako prawdziwe domostwo człowieka? Znowu ta interpretacja symboliczna, nadająca rzeczywistości wyższy sens. Symbolizm, łudzący sensem, wciska się, a przecież chodzi o coś zupełnie innego, przeciwstawnego, odwrotnego: o bezsilną tandetność słowa i pamięci; o złudność nadziei, że coś można przechować, zatrzymać, wydrzeć; o bezsens wszelkiego budowania, które zawsze jest budowaniem dla ruiny.
Nagrobek ciotki Cili

Ciotkę Cilę pochowano w grobie jej rodziców. Na małym nagrobku z czarnego kamienia  zabrakło miejsca, by można było wyryć jej imię. Moja ciotka spoczywa więc bezimiennie, bez imienia, bez słowa, bez daty narodzin i daty śmierci, bezczasowo, poza czasem.
Nagrobek ciotki Cili

Nawet Pan Tadeusz wywoływał frustrację. Jak można było zachwycić się litewskim chłodnikiem, kiedy proszony obiad kojarzył się z tartymi kluskami i modrom kapustom? Jak można było czuć się swojo wśród kontuszowych gości, jeśli za uroczysty strój nauczono uważać czorny ancug i bioło koszula? Tym bardziej, gdy z obcością estetyczną łączyła się klasowa: identyfikowało się tylko z tymi bohaterami narodowej epopei, którym wieszcz Mickiewicz, zamknąwszy usta, nakazał gdzieś w tle orać ziemię, sprzątać we dworze, służyć swym panom. Nic dziwnego, że czytający uważał owych panów za rozgodanych i gupich próżnioków.
Nagrobek ciotki Cili

Gdy dziadek Stefan zdał maturę w wieczorowym technikum, gdy otrzymał świadectwo, wracał na rauszu do domu polną drogą, śpiewając (jak zwykle) i trzymając owo świadectwo ponad głową. Jakby obwieszczał naturze: pośmiejmy się, Otkowicz ma średnie wykształcenie, a przecież i tak nie ma to żadnego znaczenia w niezmiennym toku narodzin, życia, przemijania i śmierci. Dlaczego o tym piszę? Czyżbym był narzędziem logosu, który dziadek przez całe swe życie lekceważył? […] Tą samą polną drogą będę chodził do szkoły, by kiedyś (teraz) spróbować uchwycić, zatrzymać w narracji własnego dziadka – jakbym się przy tej drodze (choć, oczywiście, raczej w czasie niż przestrzeni) zaczaił na niego. Czyżbym naprawdę tylko po to pisał?
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

[…] po przeczytaniu Przyczynków do filozofii, chyba najważniejszego dzieła Heideggera, nie jestem już całkowicie pewien, że życie nie ma sensu. Bezsens jest pierwszym, powierzchownym, oczywistym wrażeniem. Wszystkie nasze poczynania są skażone ostateczną nieskutecznością: »smutna ludzka bezcelowość« (James Joyce). Wszystkie nasze projekty, programy, zamierzenia »nie na opoce się wznoszą, lecz na piasku« (parafrazując język Heideggera: gruntujemy w bezgruncie). Realizując swe programy, doznajemy przenikliwej samotności, zwłaszcza w niepowodzeniach. Słusznie Heidegger twierdził, że życie rozpatrywane z perspektywy jednostki wydaje się najczęściej »pustym i-tak-dalej«: bezsensowną krzątaniną, w której ukrywamy »lęk przed znudzeniem samym sobą« i która zarazem jest naszym najtańszym sposobem na nihilizm. A przecież istnienie każdego z nas jest jedyne, niepowtarzalne, skończone i osobliwe (lekcja Teodora Parnickiego).
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

Inaczej ocenia się swoje życie, gdy spojrzeć na własne poczynania z myślą o tych, którzy żyli przed nami, żyją obok nas, będą żyć po nas; gdy – podejmując problemy Heideggera – pyta się o sens bycia, o prawdę samego bycia. Wtedy całość tę trudno uznać za bezsensowną, przeczuwa się jej sensowność, ona musi być sensowna, co wynika już choćby z uporczywości trwania (»Bycie musi istoczyć« – powtarza wielokrotnie Heidegger), Sensowność dostępna tylko w przeczuciu, ponieważ trudno ją dociec i określić z powodu nadmiaru, heterogeniczności, przypadkowości dziania się: wszystko się zmienia, ciągle powstaje nowe, wyniki procesów są raczej aleatoryczne […] – nawet kombinacja bywa najczęściej przypadkowa. Rzeczywistość sprawia wrażenie magmowatej, marnej, rozlazłej.
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

Dlatego największą nagrodą, jakiej możemy spodziewać się w naszych poszukiwaniach sensu, jest dostrzeżenie jakiegoś niewielkiego ciągu, śladu porządku w przypadkowości, przebłysku sensowności.
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

W śnie byłem kloszardem, w czym z pewnością wyraziła się świadomość uniwersyteckiego humanisty: kogoś, kto nie wyraża zgody na swą konsumpcyjną, bezrefleksyjną epokę, ale który, by przetrwać, musi żywić się jej odpadami.
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

Wiem teraz tylko, że nikt nie jest samotny, bo nikt nie jest jeden – moja samotność jest najwyżej ich albo naszą samotnością.
Moja babka, mój dziadek, nasza samotność

Z umysłem jakoś można sobie poradzić i utrwalić (na przykład w słowach) – ciało umierając, odchodząc, zabiera nas ze sobą. Wszelkiej refleksji o rzeczywistości grozi ulegnięcie jej przypadkowości (pożegnajcie nadzieję na scalające znaczenie!), ale gdy nie rzeczywistość zapoczątkowuje refleksję, nieuchronnie przekłamujemy genezę myślenia i u-bez-sens-owniamy jego dalszy ciąg. Myślenie nie zaczyna się przecież w aporiach języka, lecz w zmysłowym napięciu między nami a tym, w czym przyszło nam żyć: między ciałem a przedmiotem lub inną osobą – w tym elementarnym zdziwieniu światem, który zawsze jest zdziwieniem jakąś konkretnością.
Chłopcy z Cimoka opowieść nierozwojowa

Tak kończy się pisanie o tym, co nie jest tylko językową fikcją – dociera się na pogranicze wszelkich dyskursów, gdzie najłatwiej nabawić się paraliżu mowy, bo nigdzie indziej słowo nie jest chorobliwiej słabe, niezdolne do opuszczenia terytorium tekstowości. Znikąd też lepiej nie widać obszaru, rozciągającego się za nieprzekraczalnymi granicami języka, dokąd nigdy nie dotrzemy w najbardziej nawet sentymentalnej podróży, w której zresztą nie o sentyment bynajmniej chodzi. Zasmakowałem biedy wyczerpania mowy, a osiągnąłem niewiele.
Pożegnanie

[…] pojawia się nieprzezwyciężalna niechęć do słów, nawet tylko do brzmień, pragnienie milczenia: wystarczająco hałasu w sobie, aby jeszcze wsłuchiwać się w głos świata; potrzeba ciszy, będąca w gruncie rzeczy marzeniem o uspokojeniu.
Pożegnanie

Zamknąć się w pustce samego siebie, odtrącić świat, nawet dźwięki z niego pochodzące: wsłuchiwanie się jedynie we własny strach. Otępiałe, bierne ja, które (rzecz główna) chce być u siebie, dopóki jeszcze może. Lecz i zobojętniałe na bycie, nawet na przemijanie, zasypujące wszystko bezmyślnością.
Pożegnanie

Nie ma właściwie książek na czas kryzysu, gdyż brak koncentracji, rozrzedzona uwaga uniemożliwiają lekturę – wzrok ześlizguje się, spływa ze słów. Książka, którą się czyta, nie jest czytana: przeskakuje się słowa, nie zatrzymuje się przy nich, myśli krążą wszędzie, lecz nie wokół słowa. Treści pozostają obok. Śpieszenie się: niechęć, niecierpliwość do składni – pochłanianie, które w gruncie rzeczy jest omijaniem. Ściąganie słowa (jakby można je było ściągnąć), wypatrywanie końca książki, aby powrócić do bezmyślności.
Pożegnanie

Zainteresowany współpracą?

Wypełnij formularz kontaktowy

Przewijanie do góry